niedziela, 19 marca 2017

Nicholas Evans "Zaklinacz koni"












"Chyba to właśnie jest wieczność. Po prostu jeden długi ciąg takich "teraz". I chyba też wszystko, co można zrobić, to spróbować żyć jednym teraz w danej chwili, nie zawracać sobie zbytnio głowy poprzednim teraz albo następnym "teraz"

Czternastoletnia Grace i jej koń Pielgrzym ulegają poważnemu wypadkowi. Dziewczynka traci w nim nie tylko przyjaciółkę i własną nogę, ale zaufanie i pogodę ducha jej końskiego towarzysza. Tragedia ta pozostawiła głęboką bruzdę w sercach wszystkich; Grace, jej rodziców, jak i również zwierzęcia.
Zdesperowana Annie, matka dziewczynki, próbuje za wszelką cenę odbudować życie jej rodziny na nowo. Nie zgadza się na uśpienie cierpiącego Pielgrzyma, bo gdzieś wewnątrz głęboko wierzy, że znajdzie się ktoś, kto zdoła mu pomóc. Pokonuje dwa tysiące mil, by pewien człowiek, zwany zaklinaczem koni, dał Pielgrzymowi kolejną szansę na normalne życie. Nie wie jeszcze, jak bardzo Tom Booker wpłynie na ich losy i jak bardzo odmieni on relacje między nią a jej rodziną. Annie odnajdzie również coś, o czym zawsze tak skrycie pragnęła.

Kiedy sięgałam po tę książkę, w głowie miałam tylko strzępki kadrów z jej ekranizacji, którą oglądałam bardzo dawno temu. Stopniowo, kartka za kartką przypominałam sobie całą fabułę dochodząc do wniosku, że książka skrywa w sobie więcej magii i zachęty do poznania tej historii niż sam film. Autor oczarował mnie swoim przyjemnym stylem, w momentach poetyckim - ale bez zbędnej przesady. Opisy przyrody, których jestem fanką, również były doskonałe. Co mnie mogło rozczarować? Pisarz nie zagłębił się w psychikę swoich bohaterów, nie przedstawił tej tragedii z punktu widzenia poszkodowanej Grace, która wydawała się, jakby przeżyła zwykły upadek na rowerze i stłukła jedynie kolano. Liczyłam na trochę obszerniejszy psychologiczny obraz bohaterów, ale Evans wynagrodził mi to wątkiem zakazanej miłości - wątkiem subtelnym, niezbyt wynurzającym się na pierwszy plan tej historii i idealnie przedstawionym. Gorące uczucie, które wybuchło między dwojgiem zagubionych ludzi, z tragicznym zakończeniem - coś, co uwielbiam najbardziej.

Zaklinacz koni to piękna, poruszająca i zapadająca w pamięć książka. Opowieść nie tylko o walce, stawianiu czoła kolejnym przeciwnościom. To również nauka o tym, jak odkrywać w sobie siłę do ich pokonywania, odnajdując przy tym samego siebie.

10/10

Tytuł: Zaklinacz koni
Autor: Nicholas Evans
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
okładka: miękka
liczna stron: 352

sobota, 25 lutego 2017

Magdalena Kordel "Anioł do wynajęcia"



   "Gdybyś całkiem przypadkiem, tam u siebie n górze, miał jakiegoś bezrobotnego anioła do wynajęcia, to pamiętaj o mnie. Bardzo proszę. A i gdybyś mógł mi pomóc w tym, żebym tak do końca nie zapomniała, czym jest miłość i radość"
Cały świat zdaje się stawać przeciwko Michalinie - bez dachu nad głową i środków do życia włóczy się po ulicach, skąpanej w mroźnej przedświątecznej atmosferze, Warszawy. Jest sama. W momencie, gdy wydaje jej się, że sięgnęła dna, na jej drodze zjawiają się anioły. Jeden z nich zaprasza ją na cynamonową herbatę, drugi ratuje z opresji, trzeci przygarnia i daje dom, w którym pierwszy raz od dawna czuje się - jak w domu. Czy Michalina zdoła na nowo uwierzyć w magię Bożego Narodzenia?

Mimo iż po świętach nie został nawet ślad, a owa magia dawno przestała działać, zdecydowałam się sięgnąć po tę powieść i spróbować jeszcze raz zanurzyć się w pachnącym piernikami klimacie. Główną bohaterką Anioła do wynajęcia jest osiemnastoletnia Michalina. Dziewczyna uciekła z domu, gdzie panoszyła się nienawidząca ją macocha. Po śmierci babci, jedynej osoby, która szczerze ją kochała, Michalina nie ma już nikogo, komu mogłaby ufać. Błąka się po pustoszejących ulicach stolicy w poszukiwaniu choćby cienia nadziei na lepsze jutro. Szuka swojego zaginionego anioła stróża, który pomógłby jej przetrwać ten trudny czas. Zbliżało się Boże Narodzenie - czas nadziei. Michalina z dnia na dzień ją traciła. I wtedy zjawia się Gabrysia. A po niej Nela i Kostek, którzy są dla niej tymi aniołami stróżami, o których prosiła. I to oni pomagają na nowo uwierzyć Michalinie w swoje szczęście; Gabrysia daje jej pracę w swojej kwiaciarni, Nela dach nad głową i schronienie, Kostek sprawia, że poznaje smak miłości. No właśnie - miłość. Michalina skrywa pewien sekret, który może stać się poważną przeszkodą na drodze do ich szczęścia. Nie wie jednak, że on wcale nie uważa tego za problem. Wręcz przeciwnie - Michalina staje się dla niego kimś wyjątkowym, kimś, bez którego nie wyobraża już sobie życia.

Anioł do wynajęcia to pełna uroku, ciepła i zapachu świąt powieść. Czytając ją, znów mogłam poczuć zapach igliwia, sianka, które wkładamy pod biały obrus, usłyszeć tak uwielbiane przez nas wszystkich kolędy. Prosty i przeciętny styl sprawia, że książkę czyta się bez najmniejszego problemu i dosyć szybko docieramy do ostatnich stron.
Pomysł na fabułę bardzo mi się spodobał, ale większość momentów była zbyt przewidywalna, czasem nawet trochę naiwna. Kiedy tylko zaczynał się jakiś wątek, z łatwością można było dopowiedzieć sobie jego zakończenie, a kiedy rzeczywiście tak było, traciłam ochotę na dokończenie książki. To jest jej największy minus.

Książkę polecam wszystkim, a zwłaszcza osobom, które nie lubią zobowiązującej lektury. Jeśli chcecie czerpać przyjemność tylko z samego czytania - to książka jak najbardziej dla was. Ja do nich nie należę, więc Anioł do wynajęcia pozostawia lekki niedosyt.


5/10 

Tytuł: Anioł do wynajęcia
Autor: Magdalena Kordel
Wydawnictwo: ZNAK 
okładka: miękka
liczba stron: 440

sobota, 18 lutego 2017

Paullina Simons "Dziewczyna na Times Square"

Nowy Jork. Miasto pełne obfitości. Jedna dziewczyna, stojąca na Times Square, z parasolką w ręku. Młoda, utalentowana i piękna.
Lily Quinn jest studentką, której największym problemem jest nieustanny brak pieniędzy. Jej wielka miłość zakończyła się, a wyprowadzając się z mieszkania, zabrała nawet łóżko, które do niej należało. Przez brak kilku zaliczeń, nie ukończyła studiów. Ma dwadzieścia cztery lata. Mogło by się wydawać, że jak na tak młodą osobę, ma wystarczająco dużo kłopotów. Niespodziewanie jednak, jej życie wywraca się do góry nogami - w dziwnych okolicznościach znika jej przyjaciółka i współlokatorka, Amy. Skreślone w loterii liczby okazują się zwycięskie. Lily zgarnia fortunę, ale los nie pozwala jej cieszyć się nią zbyt długo. Choroba z wysokim procentem śmiertelności. Rodzina, dla której wygrane pieniądze znaczą więcej niż życie Lily. Brat, którego bezgranicznie kocha okazuje się być zamieszany w sprawę zaginięcia Amy. Matka alkoholiczka. Babcia, która przeżyła wojnę. I jest jeszcze on. Dużo starszy od niej, detektyw, który prowadzi sprawę Amy McFadden. Wszyscy ci okazują się mieć tajemnice, które zmieniają sposób w jaki myśli Lily. Ale ona pragnie już tylko jednego. Żyć.

Trudno mi było przyzwyczaić się do stylu pisarki. Czytając pierwsze rozdziały byłam bardzo bliska decyzji o oddaniu jej z powrotem do biblioteki. Po prostu - nie. To nie dla mnie. Dziwne, jakby... za trudne. Leżała na szafce kilka ładnych dni, aż w końcu postanowiłam dać jej szansę.
Początkowe rozdziały - nie ukrywam - czasem powiewały nudą. Nawet intrygujący prolog okazał się być bardzo mało intrygujący. Zupełnie nie zapowiadały tego, co miało się stać później. A działo się naprawdę wiele.
W miarę jak rozwijała się akcja, miałam coraz bardziej rozdziawione usta i otwarte oczy. Wszystko nabrało przedziwnego tempa; Amy, która jakby wyparowała, mieszający w głowie mi i Lily detektyw i wygrane na loterii miliony. A potem BUM! Ostra białaczka promielocytowa. U tak młodej osoby? czy to w ogóle możliwe?
Pędziłam przez książkę z myślą "no nie, ona nie może umrzeć, nie teraz". Mając jeszcze w pamięci Ostatnie dni Królika byłam niekiedy przerażona. Ale walka Lily z białaczką wyglądała jak sinusoida. Góra dół. Góra dół. I bardzo, bardzo chciałam, by ta linia zatrzymała się nad osią.

Sinusoidą można było też opisać historię uczucia, jakie narodziło się między Lily a Spencerem O' Malley'em. Przyznam, że kibicowałam im od początku, mimo znacznej różnicy wieku, jaka ich dzieliła. Ale wiek to przecież tylko liczba, prawda? I kiedy już odetchnęłam z ulgą po tym, jak zostali razem, nagle zrywają. Miłość bywa czasem naprawdę ślepa i głupia; ich jednak na szczęście przetrwała. O'Malley to człowiek honorowy, stanowczy i dążący do sprawiedliwości. Ma jednak wadę. Pije.Tylko w weekendy. W poniedziałek rano, wraca do pracy. Dzięki Lily to się zmienia.

Ale Lily ma coraz mniej czasu i po wyczerpaniu wszystkich możliwości, tylko przeszczep może ją uratować. Tego bałam się najbardziej - czy autorka postawi jednak na happy end. Nie rozczarowałam się.

Dziewczyna na Times Square to piękna i poruszająca historia o tym, że życie, tak jak wszystkie inne rzeczy, jest przemijające. I że warto cieszyć się z każdego kolejnego dnia, jaki jest nam dany. Czytając ją, odczuwa się radość, złość, frustrację, czasem nawet prawdziwą wściekłość. Ale chce się też płakać. Mimo początkowych "problemów", polecam ją bardzo gorąco.

7,5/10 

Tytuł: Dziewczyna na Times Square
Autor: Paullina Simons
Wydawnictwo: Świat Książki
okładka: miękka
ilość stron: 480 

środa, 1 lutego 2017

Anna McPartlin "Ostatnie dni Królika"

Czterdziestoletnia Mia Hayes, nazywana Królikiem trafia do hospicjum, gdzie ma dobiec końca jej kilkuletnia walka z rakiem. Wokół niej gromadzi się jej rodzina: rodzice, którzy nijak nie moga pogodzić się z odejściem ich najmłodszej córki, siostra mająca na głowie czwórkę synów, każdy zna swój sposób oryginalny, brat - gwiazda muzyki, kosztujący artystycznego życia za oceanem, przyjaciele z dawnych lat i jej dwunastoletnia córka, Juliet. Wszyscy wspominają, plotkują, kłócą się, płaczą i śmieją, starając się zagłuszyć w sobie myśl o nadchodzącej śmierci, a Królik wspomina swoją dawną miłość, Johny'ego, z którym na nadzieję wkrótce się spotkać.

Książka opowiada historię ostatnich dziewięciu dni życia Mii. Chyba pierwszy raz od dawna naumyślnie chciałam zatrzymać ten czas. To powieść o umieraniu, jego istocie, bólu i cierpieniu, których jest przyczyną, ale również i oczekiwaniach względem śmierci. W jaki sposób myśli osoba chora, jej bliscy, w jaki sposób godzą się na to. To bardzo trudne i złożone zagadnienie, z którego trudno jest stworzyć dobrą, nieprzesadzoną powieść. Pani Annie McPartlin się udało.

Autorka dysponuje wspaniałym piórem, niesamowicie lekkim, potrafi umiejętnie rozbawić i wzruszyć. Historia ta - bazująca również na autentycznych wydarzeniach - została świetnie przedstawiona, przez co McPartlin zyskała całe moje (wciąż płaczące) serce. Książkę czyta się łatwo, choć nie zawsze przyjemnie, bo - trudno jest powiedzieć o przyjemności czytania, kiedy w miarę zagłębiania się w treść, zyskujesz coraz większą świadomość tego, że twój ulubiony bohater umrze. Diagnoza jest jednoznaczna, szanse praktycznie znikome, cudownego leku nie wynaleziono... Rzadko zdarza mi się tak emocjonalnie związać się z postaciami fikcyjnymi. Moją szczególną sympatię zyskała Molly - matka Mii, bluzgająca na prawo i lewo wojowniczka, dla której słowo "poddać się" nie istnieje w żadnym słowniku. Od momentu, kiedy się pojawiła stała się moją ulubienicą ze względu na podobieństwo naszych charakterów.

Wątek miłości Królika i Johny'ego, bohaterów na swój sposób tragicznych, to jeden z piękniejszych, o jakich czytałam. Miłość, która zrodziła się z prawdziwej przyjaźni, rozłączyła śmierć. Ale to właśnie śmierć jest teraz w stanie połączyć zakochanych na nowo. W nowym, lepszym i szczęśliwszym miejscu. Gdziekolwiek się ono znajduje.

Bałam się końcówki tej książki, bo nienawidzę tego uczucia, gdy umiera ukochany bohater. Ostatni rozdział wywołał we mnie potok łez, choć wcale nie powinien smucić - Mia i John spotkali się. Spełniło się jej największe marzenie.

Chciałabym podzielić się słowami swojego zachwytu, ale mam wrażenie, że chyba bym je tylko powieliła. Nie spotkałam jeszcze osoby, której Ostatnie dni Królika nie przypadły do gustu. To chyba jest wystarczającym dowodem na doskonałość tej powieści. Polecam całym sercem i z całego serca.

10/10

Tytuł: Ostatnie dni Królika
Autor: Anna McPartlin
Wydawnictwo: HarperCollins
okładka: miękka
liczba stron: 400 


piątek, 27 stycznia 2017

Chris Harrison "Miłość w Apulli"

Spotkał ją w jednym z pubów w Dublinie. Próbując zapomnieć o swojej dawnej miłości, odnalazł tę prawdziwą, o oliwkowej skórze i ciemnych włosach. Australijski ład i porządek oraz włoski temperament. czy ich związek ma prawo bytu?

Jedna decyzja zaowocowała przeprowadzką Chrisa do rodzinnego miasta Danieli (przez jedno L) - Andrano, położonego w samym "obcasie włoskiego buta". Zderzył się ze światem hałaśliwych sprzedawców melonów, brzęczących vesp, sjest, ekscentrycznych ludzi, ze światem dziwnych, niezrozumianych, czasem nawet i szalonych lokalnych zwyczajów. Na drodze staje mu również mamma jego dziewczyny, która "próbuje zrobić z niego Włocha pełną gębą".

Przez niemal trzy czwarte tej książki zastanawiałam się, czy autor podoła temu zadaniu. Jego dezaprobujący stosunek do włoskiego społeczeństwa, niejednokrotne wywyższanie się, zadufanie - to wszystko sprawiało, że czułam nutkę niechęci do tej lektury. Autor, którego można też nazwać bohaterem tej opowieści, czasami był wręcz drażniący.

Jeśli całkowicie pominiemy kwestię narratora i jego subiekcji odnośnie Włochów, otrzymujemy lekką, zabawną historię, pełną włoskich zapachów i śródziemnomorskiego słońca. Anegdotki z życia  mieszkańców, sprawy urzędowe, których załatwianie potrafiło ciągnąć się jak przysłowiowe "flaki z olejem", mnogość rodzajów spaghetti, różnorodność zwyczajów i lokalnych uroczystości, smak wina i ciepłe promienie słońca sprawiały, że czułam tęsknotę za latem. I za tym miejscem, choć nigdy nie byłam we Włoszech. Barwne i wnikliwe opisy pozwoliły mi się zakochać w południu Włoch, a przede wszystkich w ich zwyczaju ucztowania wraz z przyjaciółmi. I to nie jednego wieczoru. Całe lato! Ich radość z życia, dzielenia się z bliskimi, wdzięczność za dobrze i bezpiecznie przeżyty dzień - zwyczajnie poczułam do nich sympatię.

Ta historia nie wydarzyłaby się, gdyby nieoczekiwane spotkanie z Danielą. Piękna nauczycielka, w której płynęła też sycylijska krew; to dla niej postanowił rzucić swoje dotychczasowe życie, dobrą pracę i osiąść z nią w tak bardzo dla niego "sprzecznym"kraju. No bo jak można mówić o logice, kiedy naród, któremu narzucone zostały wszelakie przepisy i regulacje prawne, będąc świadomy ich istnienia, w ogóle ich nie przestrzega? Co więcej, czasem nawet z premedytacją łamie... Jednak prawdziwe uczucie zatryumfowało. Tak, jak w wielu życiowych sprawach, tak w w przypadku miłości. czasem warto pójść za kompromis.

Przyjemnością było dla mnie zakosztować nieco specyficznego włoskiego la dolce vita, zwłaszcza w takie mroźne dni. Polecam wszystkim, nie tylko miłośnikom włoskich klimatów. Jeśli szukacie niewymagającej, łatwej lektury z poczuciem humoru i wyjątkowym klimatem, ta książka jest dla Was.

-/10

Tytuł: Miłość w Apulli
Autor: Chris Harrison
Wydawnictwo: Carta Blanca
okładka: miękka
liczba stron: 420

poniedziałek, 23 stycznia 2017

Trzy razy K - Koc, Kawa i Książka

KOC, KAWA i KSIĄŻKA - trzy rzeczy, bez których nie wyobrażam sobie zimowego wieczoru. Są z pewnością jego największymi bohaterami i właśnie w ciągu tej mroźnej pory roku odgrywają największą rolę w moim wolnym czasie. Nie ma dla mnie nic przyjemniejszego, jak wylegiwanie się pod ciepłym kocem, czytanie dobrej książki, popijając kolejne historie aromatyczną kawą - zwłaszcza po całodziennym zmaganiu się z wizją zbliżającej się matury, arkuszami maturalnymi i wieloma innymi podobnymi sprawami. Moje życie jakby właśnie wtedy nabiera tego głębszego, pełnowymiarowego sensu. Osiągam stan Nirvany - jeśli można by było ująć to w tej sposób.

Koc - wiele razy jego zamiennikiem jest również kołdra - puchata i ciepła, oczywiście w poszewce w kwiatki. Czepiam się szczegółów, ale to one są właśnie najważniejsze! Jestem wiecznym zmarzluchem, moje stopy i dłonie są ciepłe tylko i wyłącznie wtedy, gdy zmywam naczynia w ciepłej wodzie, biorę kąpiel lub gdy wygrzewam się w łóżku. Nie jestem w stanie przetrwać bez koca, a już na pewno nie zimą.

Kawa - według niektórych, pisarze przerabiają ją na książki. Cóż, wielokrotnie mogłam podpisać się pod tym stwierdzeniem rękami i nogami. Moja pierwsza powieść (której do zakończenia został jeszcze jeden rozdział), jak i wiele opowiadań nie zaistniałyby bez tego napoju. Kocham kawę, jej zapach, smak i magiczne przywoływanie weny - choć wbrew pozorom, jeszcze nigdy dzięki niej, nie poczułam się postawiona na nogi. Wypita rano, powoduje tylko wzmożoną potrzebę wizyt w toalecie. A gdy już w końcu przychodzi czas nauki, mój mózg nie wytwarza nic, z wyjątkiem nowych wątków w powieści, nowych bohaterów, zwrotów akcji i dramatów. Może i rzeczywiście drzemią we mnie zalążki prawdziwego pisarza, może to tylko naumyślna niechęć do przyswajania regułek matematycznych - wszystko jedno - bez kawy nie jestem w stanie ani pisać. Ani czytać.

Książki - o mojej wielkiej miłości do niej chyba nie muszę opowiadać. W końcu trafiłam na miłość prawdziwą i odwzajemnioną, która będzie trwać i trwać. Dla kilku chwil obcowania z nimi, jestem w stanie zrezygnować z wielu rzeczy, nawet z przebywania z ludźmi, co czyni mnie jeszcze większym odludkiem. Chyba czasem warto zaszyć się w kącie i odpocząć od towarzystwa innych homo sapiens, "zresetować" się z porządną dawką dobrej literatury. Wokół książek obraca się chyba większa część mojego życia, z ich pisaniem wiążę całkiem spore nadzieje i plany.

Nawet, jeśli książki miałyby być moimi jedynymi towarzyszami, nie byłabym nieszczęśliwa. Przynajmniej mam gwarancję, że nie się ma nich nie zawiodę.

środa, 18 stycznia 2017

Anne-Dauphine Julliand "Ślady małych stóp na piasku"

Jedna szczęśliwa, kochająca się rodzina. Jedna mała, pełna energii i radości życia, dziewczynka. Jedna chwila, jeden wyrok, który rujnuje ich cały świat. Jedna choroba o niewyobrażalnej sile niszczenia. Leukodystrofia metachromatyczna. Nazwa tak trudna do wymówienia, działanie jej tak trudne do zrozumienia. Skutek jej tak trudny do zaakceptowania. Leukodystrofia to nieuleczalna, śmiertelna choroba genetyczna, która (w wielkim skrócie) prowadzi do niszczenia układu nerwowego. Zabiera człowiekowi wszystko; stopniowo pozbawia go zdolności chodzenia, utrzymania równowagi, mowy, wzroku, słuchu... Aż w końcu zabiera życie. Ludzie dotknięci tą chorobą zastanawiają się -dlaczego? Starają się pogodzić ze swoim wyrokiem, którego nie dla się odwlec. Jedni poddają się, inni chcą jak najlepiej wykorzystać czas, który im pozostał.
A co myśli na ten temat dwuletnia dziewczynka? Czy jest w stanie pojąć, co takiego dzieje się w jej organizmie? Czy w ogóle zdaje sobie sprawę, co to jest leukodystrofia metachromatyczna? Nie.
Ale jej rodzice, Anne-Dauphine i Loic wiedza i decydują za nią - Thaïs nigdy nie dowie się, że jest chora. Składają jej obietnicę, że dołożą wszelkich starań, by jej policzone dni wypełnione były miłością, ciepłem, zabawą, pieszczotami i uśmiechem. Uśmiechem mimo wszystko.

Ślady małych stóp na piasku to opowieść francuskiej dziennikarki, Anne-Dauphine Julliand, której córki Thaïs i Azylis zostały dotknięte niezwykle rzadką chorobą genetyczną. Fatalna rekombinacja genów obojga rodziców-nosicieli spowodowało, że w organizmach obu dziewczynek brakuje pewnego enzymu, który chroni osłonkę mielinową neuronów,co doprowadza do ich niszczenia. W obecnych czasach, wobec tej choroby, medycyna jest bezradna.
Bezradność medycyny, bezradność lekarzy... Ale nie bezradność rodziców. Książka ta jest świadectwem niezwykle heroicznej, pełnej bólu, łez, cierpienia, wzlotów i upadków, utraty wiary i iskierek nadziei walki, bezgranicznej rodzicielskiej miłości, która nie pozwala na poddanie się. Nie wtedy, gdy chodzi o życie dziecka. To walka do końca, do ostatniego słowa, blasku światła, usłyszanego słowa, aż wreszcie do ostatniego oddechu.

Mimo iż nie mam dzieci i nigdy nie byłam postawiona w obliczu takiej sytuacji, wiele się dzięki niej nauczyłam. Książka ta jest wspaniałą lekcją rodzicielstwa. Bezgranicznej miłości. Walki. Nadziei. Wiary. Pogodzenia się z przeznaczeniem, kruchym ludzkim losem.

Nie jestem w stanie zrecenzować czegoś, co jest napisane przez samo życie. Choć jest to niełatwa lektura, jest z pewnością warta i godna polecenia. Dla wszystkich, którzy cierpią i szukają pocieszenia. Dla tych, którzy utracili nadzieję. Dla tych, którzy nie chcą jej stracić.

-/10 

Tytuł: Ślady małych stóp na piasku
Autor: Anne-Dauphine Julliand
Wydawnictwo: Św. Wojciech 
okładka: miękka
liczba stron: 224 
Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka